To dzisiaj, dzisiaj, dzisiaj. Ten typ tęsknoty, że owszem tak damy radę, jeszcze trochę, nie jest źle, już niedługo ale z drugiej strony połóżmy się na trawie i trzymajmy się za ręce, tak dobrze mi z tobą było. Chcę prostej miłości - jak to powiedziała G., no chcę, ja też chcę, ja też. I cannot sleep, I cannot dream tonight, I need somebody. I mam motylki, i słucham w kółko, i dziś sobie nie radzę.

Wieczorna terapia szczęścia - kąpiel po szyję w pianie, ciało pachnące w balsamie, miękka kołdra - oszukaństwo na miarę kwietniowych możliwości. Pamiętam ten film, on układał rzędy poduszek i udawał że ona leży obok - tyle mógł, tyle ja mogę.

Kupiliśmy bilety. To tak, jakbym był już w połowie drogi do domu. Mogłabym odliczać, mogłabym zrobić już ostatni kalendarz przedwyjazdowy, czy przedpowrotowy, ale po co, po co liczyć - staram się traktować to jak carpe diem ostatnich momentów osobno, żeby pamiętać, żeby doceniać, żeby nigdy nie zaniedbać prostej miłości.

To nie jest łatwe (nigdy nie było) i nie wiem czy wbrew pozorom teraz jest najtrudniejsze, czy jak to jest, że nocami słucham Esther w kólko i w kółko i marzę i śnię i najmniej chcę się budzić rano za parę godzin (chciałbym zasnąć i obudzić się dopiero za trzy miesiące), czy co to jest, co jest przyczyną wszystkiego tego co napędza mnie na początku dnia i zwalnia do tempa niemyśli późnymi wieczorami.

Wieje wiatr, pachnie wiosną i wiem, i wiem jak to będzie, jak to ma być pewnego dnia.


Komentuj
Komentarze:
fotolog.pl :: Wróć